Naprawdę, da się utopić w źródle inspiracji

Źródło Inspiracji. Niby źródło, z którego mamy pić orzeźwiającą wodę, a nierzadko okazuje się głębsze niż myśleliśmy. W tym poście opiszę, dlaczego, wg mnie, nie warto z niego tak często pić albo dlaczego powinno się robić to ostrożnie, gdy już jesteśmy bardzo spragnieni.

Na pewno słyszeliście, wraz z innymi motywocytatami typu “Bądź sobą”, “Żyj życiem, którego pragniesz”, “Miej marzenia” o tym, by się inspirować. Wszystkim i każdym. Wydaje się, że inspirowanie się różnymi osobami pozwala nam krytycznym okiem spojrzeć na swoje dzieła życia, zaczerpnąć nowych pomysłów i świeżości. No właśnie świeżości – czyli czegoś, co traci swój sens, gdy się jej doświadcza non stop.

Czerpanie ze źródła inspiracji jest naprawdę solidną siłą, ale należy do tego remedium dołączyć małą notkę, że łatwo przedawkować.

Tym razem nie napiszę o sile inspiracji, bo takimi wpisami zazwyczaj zasypuje nas Internet. A poza tym łatwiej sobie wyobrazić korzyści płynące z jej mocy.

Cykl korzystania ze Źródła Inspiracji

Opiszę 3 zupełnie przeciwstawne metody, które można wdrożyć w swoje życie (ale uwaga, o ile wykorzystanie samej drugiej metody może być w porządku, to nie radzę tak robić z pierwszą). Ja sama stosuję i polecam stosować je cyklicznie – jak w naturze: nadchodzi faza pracy i odpoczynku (czasem mogą mieć zupełnie różne długości). Gdy zastosujesz je w ten sposób, twoje inspiracje, a zarazem kreatywność, wejdą na wyższy level.

Pij, ile się da

Pierwsza faza to, przejedzenie się bodźcami. Czyli stymulowanie siebie na każdym kroku, aż do porzygu będziemy czuli, że nowa wiedza wylewa się z nas przyjemnie (lub mniej przyjemnie, bo często towarzyszy temu ból głowy, z której chcą się wydostać informacje żyjące w ciasnocie). Zatopienie w obrazach inspiracji pomaga. Bezdyskusyjnie – jeśli czymś się otaczamy, mózg zaczyna przyswajać nową wiedzę i produkować obrazy sklejone z tego, co widział.  Tak jak składasz np. konia i skrzydła, a powstaje coś nowego – pegaz. Umysł robi to nawet podświadomie i możemy nie wiedzieć, że pomysł na nasz nowy obraz to sklejenie kilku dzieł, które przewinęły się przed oczami w ciągu dnia. Oczywiście patchworkowe wyobrażenie przeplata się z naszą własną inwencją twórczą.

Takiego stanu często doświadczam przed snem, gdy wieczorem naoglądam się różnych obrazów – gdy doświadczę pełnej immersji i przeładuję się inspiracjami. Mózg wtedy działa na automacie (lub na stanie alfa, jak kto woli) i wyłania kolory, całe sceny i różne kadry w całości. Jak najlepszy program do obróbki rzeczywistości. Dla mnie to bardzo ciekawy i potrzebny stan, bo tak rodzą lub szlifują się najlepsze idee. Przed snem widzę cały obraz – wraz z kolorystyką, kolorami, kształtami oraz nastrojem – i wiem, że nic nie można dodać lub ująć, bo mózg przedstawia mi pewną całość. Łatwiej wpadnie mi do głowy, kolejny i zupełnie inny pomysł niż ulepszę ten przed chwilą ukazany. Myślę, że w tym stanie trudniej o taką analizę poprawczą, bo wykorzystuje się, być może, inne pokłady “myślenia”. Cały ten proces działa: take it or leave it. Na takiej zasadzie.

Taka immersja w otaczanie się sztuką działa bardzo odżywczo, przenika najbardziej zakopane pokłady naszej kreatywności. Ale jest jedno ważne ALE. ALE będące esencją całego procesu inspirowania.

Po przejedzeniu, odpoczywać

Trzeba koniecznie, wyczuwając dobry moment, wyjść z wody inspiracji. To identycznie jak z kąpielą w jeziorze – na początku fajnie się pływa, z łatwością, a później człowiek traci frajdę, kreatywność i w końcu przemarza. Wtedy najlepiej wyjść na brzeg. Koniecznie MUSI pojawić się przerwa. Odpoczynek często jest pomijany i nietraktowany jako część nauki. A to najważniejszy moment, podczas którego wiedza się układa i łączy z innymi informacjami. Natura wymyśliła to tak sprytnie, że robi się to samoistnie, ale pod warunkiem, że zajmujemy się zupełnie czym innym – odpoczynkiem od głównego tematu. Nic tylko korzystać z tego dobrodziejstwa.

Ograniczenie inspiracji inspiruje do działania

Ciekawym podejściem jest ograniczenie źródeł inspiracji do minimum – oglądanie kilku dzieł. Wtedy każdy ukazany obraz jawi nam się jako ten niezwykły, na który musimy się napatrzeć, bo nie będziemy mieli ku temu wielu okazji. Doceniamy bardziej i uważniej się przyglądamy. Ta metoda to nie ilość, ale jakość. Poza tym, pozwalamy sobie na kombinowanie, a więc twórcze myślenie. To jak zabawa w stylu zbuduj wieżę z suchego spaghetti, metra nitki, pianek marshmallow i taśmy klejącej.

Im mniej informacji do nas dociera, tym mamy więcej czasu na przerobienie zdobytej już porcji danych. Ciągłe bombardowanie się nowymi rysunkami i porównywanie do innych staje się po pewnym czasie szkodliwe. Może powodować częsty efekt niechęci zaczęcia rysowania, bo przytłoczeni jesteśmy nadmiarem różnych możliwości i poczucia, że już, nie dość, że wszystko zostało narysowane, to jeszcze najlepiej. Czy jest sens w ogóle więc zaczynać? Kiedyś przeczytałam, że psychologia człowieka działa tak, że gdy nie ma wyboru, jest szczęśliwszy. Wie, że nie mógł wybrać inaczej i że nic go nie ominęło.

Odcięcie od wody

Bardziej drastyczną, dla niektórych, metodą wydaje się być całkowite odcięcie od źródła. Wydaje się, że umrzemy z pragnienia, bo nie będziemy mieli z czego pić? Nic bardziej mylnego, bo w sobie znajdziemy wodę życia (mam świadomość tego, że tekst ten brzmi jak wyjęty rodem z domofonu, gdy dzwoni świadek jehowy). Każdy człowiek ma wspomnienia i zmysły, które nieustannie zbierają informacje z otoczenia – to wystarczy.

Paradoksalnie, rezygnacja z inspiracji może okazać się inspirująca. A życie codzienne dostarczy nam wszystkiego, czego trzeba. Poza tym, wszystko, co zgromadzimy będzie bardziej prawdziwe, bo oparte na naszych własnych emocjach i historiach. Łatwiej też w ten sposób stworzyć coś zupełnie oryginalnego i “naszego”, a to uczucie, choć nie ma nazwy w języku polskim, wierzcie, że jest niezwykle przyjemne (“To wymyśliłem JA!”).

Nie mając kontaktu z źródłem inspiracji, jesteśmy skazani na szukanie sztuki na pustyni. A przecież wiadomo, że pustynia potrafi być piękna!

A teraz, w ramach posłowia kilka źródeł, z których czerpię inspiracje

  • Pinterest – zdecydowanie mój ulubieniec, skuteczniej wyszukuje interesujące mnie graficzne treści niż Wujek Google; znajdziemy tu mnóstwo rysunków, które można jednym ruchem przypisać do folderu tematycznego. Ale najlepsze jest to, że możemy naocznie zauważyć działanie sztucznej inteligencji, która podpowiada nam treści, podobne do wcześniej szukanych, które mogą nam się spodobać. Sprawia to oczywiście, że na Pintereście można przesiedzieć godziny!
  • Instagram – bardzo dobra możliwość podziwiania prac konkretnych artystów, których styl lubimy. Często zapisuję sobie obrazy w zakładce – nie można tworzyć folderów tematycznych. Polecam szukać interesującego nas zagadnienia po hashtagach, gdyż obserwowanie głownej tablicy pozwala zagubić się pośród kuszącej lawiny innych treści, które wciągają jak gąbka.
  • Behance – inspirujące style, plakaty oraz zdjęcia; korzystam rzadko, ale można tu znaleźć bardzo profesjonalne treści
  • Artstation – bardzo dobre dzieła wyćwiczonych rysowników; taki bardziej zaawansowany deviantart
  • samo życie – czyli filmy, muzyka, sztuka, obrazy, ale także rozmowy, jazda pociągiem, spotkana, obca osoba. Każdy znajdzie tu co innego i porobi inne zakładki w swojej głowie.

Podsumowując, warto pobawić się swoimi metodami inspirowania siebie, gdyż może się okazać, że “domyślna” nie jest dla nas tą najlepszą. Można spróbować się przeładować bodźcami albo, przeciwnie, doprowadzić do suszy – i, jednak, czerpać z tego przyjemność!

Jestem ciekawa, czy macie jakieś swoje metody na ruszenie pociągu wyobraźni. Chętnie poczytam i wypróbuję je na własnej skórze!

Dodaj komentarz